Pomimo tego, iż mieliśmy wyjątkowo dużo czasu na dojechanie – nasze plany legły w gruzach. Nie tylko przez postoje na restroom i sandwiches ale także przez korki. Korki towarzyszyły nam zarówno po drodze, jak i w samym miasteczku. Popędziłyśmy z Pauliną do portu, chłopcy parkowali samochody i… zabrakło nam dosłownie kilku minut. Następny i ostatni zrazem rejs o 17.30 – nie było wyjścia, musieliśmy poczekać 3h. Złapaliśmy więc trochę oddechu, zjedliśmy obiad, zaplanowaliśmy kemping na nocleg, pobiegłyśmy z Pauliną do sklepu po zakupy na kolację, śniadanie i dalszą podróż.
Rejs był NIESAMOWITY. Statek spory, 40 osób na pokładzie i 100% gwarancji na zobaczenie wielorybów. Miodzio. Troszkę bujało i większość z nasz miała z tego powodu radochę, zwłaszcza gdy byliśmy ustawieni przodem do fal (Piotrek radochy nie miał, twarz miał blado zieloną, ale obiad szczęśliwie zachował). Słuchajcie – widok wielorybów w ich naturalnym środowisku robi niesamowite wrażenie. Pamiętam jak byliśmy w muzeum historii naturalnej w Londynie i staliśmy obok styropianowego płetwala błękitnego. Niby człowiek był pod wrażeniem ogromnego cielska, ale z wielorybem miało to niewiele wspólnego. Tu mogliśmy podziwiać humbaki. Wynurzały się ich wielkie grzbiety, płetwy i ogony. Uchwycenie tego na zdjęciach nie było łatwe, więc efekty mogą nie być powalające. No cóż – musicie uwierzyć nam na słowo. Było super i tyle.
Rejs zakończył się po 3h, śmigaliśmy na kepmping jak zwykle po ciemku. Ten, który zaplanowaliśmy okazał się zajęty i nie wpuścili nas, więc d.pa. Szukamy noclegu po ciemku. Po 15 minutach mamy nowe miejsce na nocleg! Hura! Szybko poszło. Na drzwiach biura kartka i instrukcja – ten scenariusz mamy na szczęście przetrenowany.
Tym razem cały kemping pełny. Masa ludzi, namiotów i samochodów. Jedyne miejsce na 2 namioty i 2 samochody jest przy jakiejś skrzynce elektrycznej – olewamy to. Wszyscy mamy już dość i jesteśmy zmęczeni. Dzieci usnęły w samochodzie. Rozstawiamy graty, przekładamy dzieciaki do namiotów.
Nad ranem oczywiście okazało się, że to miejsce jest „illegal” i że mamy się wynieść do 11-stej. Luzik (było napisać przecież, że tu nie wolno – prawda? w końcu to Ameryka i musi być napisane jak krowie na rowie
) Zjedliśmy śniadanie, każdy wziął prysznic w ciepluteńkiej wodzie (wreszcie) i w drogę.









