Okazało się, że nasza dalsza droga była nieprzejezdna, więc musieliśmy wracać do Monterey. Jak to dobrze, że tak wyszło. Kiedy pokonywaliśmy tą trasę nocą, nie widzieliśmy nic poza mgłą i drogą. Teraz okazało się, że widoki są powalające. W życiu nie widziałam takich kolorów. Było jak w bajce.
W drodze powrotnej skoczyliśmy do Morro Bay na zbieranie tzw. sand dollars (przepięknych muszelek) oraz innych okazów przyrody. Spacer po plaży, relaks… Zjedliśmy też obiad w towrzystwie wiewiórek i fok.
Dodam też, że musieliśmy nadłożyć drogi z powodu pożarów. Znaki informują o tym z wyprzedzeniem. Stojąc przy samochodzie i rozważając nową drogę powrotną ponownie ruszyło na mnie przedziwne stworzenie (nieuważnym czytelnikom przypomnę, że ostatnim razem była to czarna wdowa). Alien zmutowany jakiś, połączony z szerszeniem wielkości serdecznego palca. Ohyda.
Do domu dotarliśmy po 23.00. Uff.
„Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej” nabrało dla nas nowego znaczenia.
2 dni przerwy i ruszamy na podbój Las Vegas! Jupi!
Czekajcie cierpliwie, bo znowu będzie długa cisza.


















Cieszymy się, że możemy dowiedzieć się co u Was, bo już tesknilismy za opowieściami i zdjęciami. Super wakacje, zazdrościmy pomimo tego (a może właśnie dlatego), że zupełnie niedawno podziwialiśmy niektóre z tych miejsc. B&S
A ja dopiero teraz rozumiem jakim wyzwaniem jest prowadzenie bloga. Tym bardziej chylę czoła dla Waszej pracy