Ogarnianie bloga nie jest wcale takie łatwe. Technicznie tak, ale czasowo ciężko to zmieścić.
Środę rozpoczęliśmy leniwie, Hollywood musiało zaczekać na gwiazdy wielkiego formatu ![]()
W LA poza godzinami szczytu natężenie ruchu jest i tak spore. W samym Beverly Hills trochę się nastaliśmy w korkach, ale dzięki temu mieliśmy możliwość przypatrzenia się z bliska tej słynnej okolicy.
Żartowaliśmy, że jakby się uprzeć to taki bardziej słoneczny Konstancin (żeby nie powiedzieć Łomianki :P). „Słoneczny” to tutaj w Kalifornii słowo klucz.
No i cóż. Przedreptaliśmy słynne Beverly Hills i Rodeo Drive w tej spiekocie, pośród palm i witryn światowych marek. Nie spotkaliśmy nikogo sławnego, nic nas w tych widokach szczególnie nie powaliło. Zjedliśmy muffinki (z ciastkomatu i z cukierni), lekki lunch (za jakąś obłędną kasę). Uznajemy, że mamy odhaczone.
Kolej na słynną aleję gwiazd. Tu „niespodzianka”, bo akurat odbywała się premiera Spider Mana. Wszystko zagrodzone, dzikie tłumy fanów, oczekujących na swoich idoli oblepiały każdy metr kwadratowy chodnika i okoliczne schody, słupy, balkony. Tam, gdzie było odrobinę przestrzeni, wystawali straganiarze i inni zaczepialscy, którzy chcieli cokolowiek zarobić.
Do słynnych odcisków dłoni nie dotarliśmy, także tym razem nie porównam swojej ręki z Madonną . Może następnym razem (mamy blisko, więc może się wybierzemy).
Wyobrażałam sobie, że wielka gala Oskarowa odbywa się w przepięknym, stylowym amfiteatrze. W jakimś budynku z filarami z piaskowca, eleganckimi schodami. Tymczasem wejście na tą słynną galę wygląda tak… Schody w galerii handlowej, pośród butów i torebek Louis Vuitton, prowadzące do niebieskiego neonu Dolby Theatre. Yyyy… nie wiem jak to skomentować.
Widok z z góry (na schody) oraz ze schodów (na wejście).
Na koniec oczywiście chcieliśmy zobaczyć napis „Hollywood” w całości, co nie jest takie łatwe. Widzieliśmy kilka razy „ood”, oraz „ly”. Wreszcie udało się. Było już po zachodzie słońca – efekt jak widać.
Jutro nic nie piszę. Wstajemy bardzo rano i jedziemy do Disneyland na cały dzień.











Do samego sklepu Tiffany’ego nie chcieli Was wpuścić? – nie rozumiem ich polityki sprzedażowej, przecież widać po Was głód zakupów
No Dolby Theatre to faktycznie jakaś porażka.
Ale wcale się nie dziwie, że Amerykanie tacy uśmiechnięci chodzą – palmy im odbiły
Palmy czad, aż na sam widok mi się gęba cieszy